news | o nas | galerie & relacje | nasze wyprawy | tramping | stopnie | sprawno禼i | symbolika | gry & zabawy | piosenki | kontakt | forum

Edycja Czarnego Beretu, Borkowo - Otomin, 2004,

strona 1/1

|

W czerwcu odbył się czarny beret. Na początku mieliśmy zakamuflować sobie twarze farbą maskującą, potem poszliśmy na autobus B kt贸rym dojechaliśmy do Portu Lotniczego. Ludzie w autobusie dziwnie się na nas patrzyli. Gdy dojechaliśmy do portu spotkaliśmy Wojtka. Mieliśmy przebrać się w kombinezony i w ciągu 20 min dotrzeć do dworca PKP w Rębiechowie. Kolejny etap beretu dobył się na moście w Rutkach. Tam kazali nam napompować ustami ponton i przeprawić się przez rozlewisko Raduni wraz z bagażami (pomimo tego że tuż obok był MOST). Po przeprawie założyliśmy na moście "tyrolkę" i zaczęła się zabawa. Gdy wszyscy zjechali zmieniliśmy stanowisko na wachadło. Paweł jako pierwszy wypr贸bował nową zabawę i chyba jako jedyny nie zamoczył się. Zabawa była naprawdę fajna, chociaż niekt贸rzy (marlena i Biały) mieli bardzo, bardzo poważne wątpliwości co do wykonania skoku, aż okoliczni spacerowicze musieli im kibicować. Słońce zaczęło powoli zachodzić, a my pomaszerowaliśmy wąską ścieżką w g贸rę rzeki. Mogliśmy zatrzymać przy sobie jedynie pięć rzeczy (w tym buty i kombinezony). To było ciężkie gdyż ścieżka nikła w mrokach nocy, a błoto było miejscami po kolana (okrzyk Białasa "mamusiu ja chcę do domu" powtrarzał sie nader często). Po drodze spotkaliśmy Wojtka, kt贸ry pokierował naszą grupą. Cwaniaczek biegł na początku z latarką, a reszcie nie pozostawało nic jak starać się nadążyć wpadając na drzewa, spadając ze skarpy do wody... Co jakiś czas rozgrzewał nas okrzyk "Kto nie maszeruje ten ginie" (chasło znane z Legii Cudzoziemskiej). Co poniekt贸rzy znaleźli się na granicy histerii. Na końcu trasy trzeba było się rozebrać i przeprawić przez rzekę. Żeby było jeszcze weselej po drodze była wysepka pełn pokrzyw. Po przeprawie dostaliśmy jedną godzinę na sen. Po przebudzeniu zostaliśmy GDZIEŚ wywiezieni, dostaliśmy mapę, dwie apteczki i polecenie dojścia do j. Otomin. Wędrowaliśmy bardzo długo. W końcu udało się spotkać Wojtka z samochodem. Dla Marleny i Białego to był już koniec beretu, a my wysadzeni na jakimś leśnym parkingu mieliśmy chwilę czasu na sen. Po powrocie Wojtka mieliśmy oikazję popływać i ponurkować w jeziorku w kombinezonach i płetwach. Woda była raczej dość chłodna. Generalnie chodziło o to aby wyciągnąć z dna jeziora odrobinę mułu. Wszystkim udało się wykonać zadanie i w nagrodę dostaliśmy JEDZENIE i to był naprawdę miły moment beretu. Jako ostatnie zadanie mieliśmy okazję pojechać na parkingu śp. śkodą. Wszstkim się udało chociaż jazdę Kalego skoda ciężko przeżyła, zwłaszcza efektowne kangurki na początku jazdy.
Moim zdaniem to było naprawdę fajne przeżycie, no może poza demoralizującym wpływem Białasa na grupę.

Jan Marek Kosiedowski

Copyright by Wojciech Murawski