|
Wyprawa do Egiptu, lato 2004,
strona 1/4
|
nastêpna strona
Czas: 13.07.2004
- 5.08.2004
Koszt:około 2400/osobę
Dojazd: samochód do
i z Budapesztu; samolot do i z Kairu
Wrażenia: niesamowite
Zaczęło się niewinnie. Ot samochód
(jeszcze wtedy poczciwa fela), pakowanie i odjazd. Po sporej iliÂ?ci
godzin byli�my pod Budapesztem. Krótka wizyta w samym mie�cie, odebranie
biletów lotniczych i wyglÂ?da na to, że nasza wielka przygoda się
zaczyna. Następnego dnia "rzut oka" na Budę i Peszt -
wspaniałe miasta i nienajgorsza kuchnia ;).
Start opóĽniony (tak jakby "egipska godzina" jakże różna
od europejskiej zaczynała się już na lotnisku. W końcu jesteÂ?my
w samolocie. Obok mnie i Pawełka zakwaterowali jakiegoÂ? starego
araba, który sprawiał wrażenie, że nie dotrwa do końca lotu. Po
podaniu tlenu jednak jakoÂ? wytrzymał, a byłaby dodatkowa atrakcja
;).
W końcu lotnisko w Kairze. Duszno i ciemno. Ludzie gdzieÂ? się rozchodzÂ?.
Chcemy zaoszczędzić na taksówce i czekamy aż się rozjaÂ?ni i będziemy
mogli dojechać do centrum autobusem. Pierwsza stycznoÂ?ć z tzw. toaletÂ?.
Brud smród dla miejscowych darmo od nas coÂ? chcÂ?, ale udajemy, że
nie rozumiemy.
Â?ladu po autobusie lub przystanku nie ma, wszyscy sprawiajÂ? wrażenie
jakby nie rozumieli o co nam chodzi. W końcu jednak się łamiemy
i jedziemy taksówk�.
L�dujemy w centrum. Blady �wit, pu�ciutkie ulice (oprócz policjantów
uzbrojonych w kałasznikowy i wyposażonych w tarcze taktyczne), no
i Â?mieci, Â?mieci, Â?mieci i "swojski" zapaszek.
Znajdujemy jakiÂ? hotel po przystępnej cenie. Jest łazienka w pokoju,
dwa balkony, wentylator. I niezły widok na ruchliwÂ? egipskÂ? ulicę.
Według planów dzisiejszy dzień to miał być odpoczynek, ale po dłuuugich
targach w hotelu wykupujemy kilkunastodniowÂ? wycieczkę (sporo przepłacamy,
ale za to przez pół wyjazdu jesteÂ?my prowadzeni za rÂ?czkę i chyba
jednak było warto). No i jeszcze tego samego dnia największe egipskie
piramidy w Gizie. Tak naprawdę sÂ? one w Â?rodku miasta, ale wyprawa
na wielbłÂ?dach i koniu (za którÂ? też przepłacamy, ale co tam na
wakacjach jesteÂ?my ;) ) jest po prostu super. Jeszcze tylko "Â?wiatło
i dĽwięk" oglÂ?dane z jednego z dachów domu i wracamy do hotelu.
Zmęczeni niby mamy iÂ?ć spać, ale... widzimy, że na ulicy ruch się
dopiero zaczyna... no więc wychodzimy na ulicę i tak sobie łazimy
do drugiej w nocy. To był naprawdę dłuuuugi dzień.
Następnego dnia trochę przysypiamy, ale co tam. Dzielnica koptyjska,
cytadela z meczetem (ciekawe gdzie u nas w KoÂ?ciele można by sobie
poleżeć na dywanie, wyciszyć się, wypoczÂ?ć, wspaniałe miejsce).
No i ulice, ulice, ulice, sklepy, stragany i SOKI OWOCOWE - hit
sezonu - tanie jak barszcz (albo i jeszcze tańsze bo to jakieÂ? grosze
w przeliczeniu na złotówki) no i mango (pychota), bambus (jak to
Â?wiństwo w ogóle można pić), coÂ? czarnego nierozpoznanego (pychota),
kokos, banan, koktajle owocowe. Wspaniałe wegetariańskie kanapki...
ehh aż żal wspominać. No i ludzie, mnóstwo ludzi i mnóstwo samochodów
jadÂ?cych w jakimÂ? koszmarnym stłoczeniu, poobijanych, bez Â?wiateł
za to zawsze z klaksonem.
Następny dzień - Muzeum Egipskie, no i pociÂ?g na południe - klimatyzacja,
ale za to zmazriÂ?my niezmiernie. O Â?wicie dojeżdżamy do Asuanu.
Tu wpadamy w opiekuńcze ręce przedstawiciela biura podróży. Hotel
- klimatyzacja, dwa dwuosobowe pokoje, łazienka - full wypas. Mamy
chwilę czasu więc prędziutko na miasto na mały popas - kanapki sÂ?
nieÂ?miertelne. Chwilę potem pędzimy klimatyzowanym busikiem na tamę
Nassera - wielkie bydle (takie na ruskÂ? modłę) robi wrażenie. No
i Nil. No i pierwsza Â?wiÂ?tynia - Philae. Niby jena z mniejszych,
ale porównuj�c do Grecji - doskonale zachowana! Zdecydowanie robi
wrażenie. Mamy chwilę dla siebie więc wychodzimy na miasto i pierwszy
raz trafiamy do dzielnicy targowej! Ho ho. HO HO HO. Na razie się
tylko przyglÂ?damy.
Wstajemy o 3.00 - czeka nas wyprawa do Abu Simbel. Jednej
z najsłynniejszych Â?wiÂ?tyń egipskich - przeniesiona z obecnego dna
sztucznego jeziora na Nilu. Kamień po kamieniu, a kierował pracami
Polak prof. Michałowski. 240 km przez pustynię w jednÂ? stronę, w
konwoju policyjno - wojskowym. Instruktarz przed odjazdem od kierowcy:
"nie zwracać mu uwagę na prędkoÂ?ć, na to którÂ? stronÂ? drogi
jedzie, nie będzie się zatrzymywał pod żadnym pozorem". Jedziemy
120 km/h i więcej czasami. A co większe autokary i tak nas wyprzedzajÂ?.
Od czasu do czasu droga częÂ?ciowo zasypana piaskiem pustyni. Na
poboczu wrak jakiegoÂ? wypalonego autobusu. Â?wit wita nas na pustyni.
Ale klimat... W końcu Â?wiÂ?tynia. Kupa ludzi, no i straszna megalomania
twórcy Ramzesa II. No miał goÂ?ć fantazję!
Po powrocie idziemy na targ i tu następujÂ? pierwsze "poważne"
zakupy! Ach co za przyjemnoÂ?ć kupowania, targowania, wybierania!
Kupa Â?miechu i wesela. Pawełek i Tomek siłÂ? zostajÂ? wciÂ?gnięci do
jakiegoÂ? sklepu. GdzieÂ? nam stawiajÂ? herbatę. Tu flakon, tam koszulka...
Życie jest piękne.
Kolejny dzień i pobudka o 7.00 żeby zdÂ?żyć na felukę. OczywiÂ?cie
okazuje się, że potem siedzimy i czekamy nie wiedzieć na co (okazuje
się, że na parę kanadyjczyków i dwóch australijczyków). Czysta żaglóweczka,
wyÂ?ciełana materacami z daszkiem chroniÂ?cym od nadmiaru słońca (ale
bez kibelka co okazało się, hmmm pewnym problemem ;) ) no i z trzyosobowÂ?
załogÂ?: kapitan palÂ?cy ciÂ?gle skręty, jego młodym pomocnikiem i
starym kucharzem.
Przez następne dwa dni płyniemy, zwiedzamy, kÂ?piemy się w Nilu i
generalnie lenimy się. Pierwszy nocleg wypada gdzieÂ? na wyspie.
Dobija kilkanaÂ?cie innych feluk. WiększoÂ?ć załÃ³g to sudańczycy -
czyli czarni afrykanie.RozpalajÂ? ogniska, wyciÂ?gajÂ? bębny i... Boshe
takiej muzyki etnicznej w oryginale to ja nie słyszałem. Â?piewy,
tańce... My też Â?piewamy - piosenkę z Króla Lwa w kilku językach,
przyÂ?piewki do jedzenia (a co tam i tak nikt poza nami nie wie o
czym to)... Na tle innych europejskich nacji wypadamy całkiem, całkiem...
Najbardziej niezwykłe było jednak zakończenie rejsu - ostatni posiłek
w domu kapitana - najpierw jesteÂ?my trochę skrępowani sytuacjÂ?.
Ale wyciÂ?gnięcie aparatów przełamuje lody, czereda dzieciaków wpada
do pokoju, krzykom swawolom i opowieÂ?ciom nie ma końca. Pawełek
zwiedza przy okazji miejscowÂ? toaletę, ale po minie widać, że raczej
nie przypadła mu do gustu. Wspaniały i niesamowity wieczór, którego
po prostu się nie da opowiedzieć!
Następnego ranka busami udajemy się do Luksoru. Po drodze
jeszcze jedna Â?wiÂ?tynia do zwiedzania, kolejne zakupy. Dzień Tomasza
który walczył z licznymi arafatkami, płacił, odchodził, wymieniał,
kłÃ³cił się ze sprzedawcami, ale prezenty dla kochanych siostrzyczek
w końcu zdobył. No i Pawełek z obsesjÂ? kupowania noży.
Ale nic to wkrótce dojeżdżamy do Luksoru. Tu znajdujÂ? się najsłynniejsze
egipskie zabytki. Hotelik niczego sobie, dwuosobowe pokoje, klima,
łazienki no i hit sezonu: BASEN. Jak to miło się popluskać mimo
skwaru!
Â?wiÂ?tynie, Dolina Królów, Grobowiec Tutenhamona... brzmi może nudnie,
ale wierzcie mi, że jest na co patrzeć. No i bazar - stragany, stragany,
stragany. Jedynie jubilerzy nie nagabujÂ? nas do wejÂ?cia. CzyżbyÂ?my
nie wyglÂ?dali na takich którzy majÂ? ochotę zakupić trochę złota?
Widocznie jednak nie.
W końcu wyzwalamy się spod opiekuńczych skrzydeł biura podróży.
Sami znajdujemy autobus do Dahabu i wykupujemy bilety na następny
dzień. Tymczasem wieczorem Radzio i Pawełek idÂ? spać, a ja z Tomaszem
robię się głodny. Idziemy na miasto jest koło 1.00. Robi się pustawo,
ulice jakby trochę inaczej wyglÂ?dajÂ?. Zero turystów i policjantów
też nie widać. Niektórzy dziwnie nam się przyglÂ?dajÂ?. Zapuszczamy
się głęboko w jakÂ?Â? uboższÂ? dzielnicę. No i trochę tracimy orientację,
ale co tam warto zobaczyć miasto nocÂ?. W końcu dochodzimy do bardziej
cywilizowanych regionów i spowrotem do hotelu!
Następnego dnia autobus. Generalnie mamy być o bladym Â?wicie na
Synaju. Autobus jakoÂ? nie chce wysartować. Mamy pół godziny spóĽnienia
na dzień dobry. W końcu wsiadamy - piętrowy, solidny, klimatyzacja,
ale brudny... No ale nie ma co narzekać w pociÂ?gu do Piły też można
sie przylepić do siedzenia. Przejeżdżamy może z 10 km no i zaczyna
się! Kierowca wysiada, jego pomocnik też, otwierajÂ? klapę silnika.
Grzebi�. Wkrótce jeden i drugi umorusani od smaru jak nieboskie
stowrzenia. Okazuje się że w przedziale bagażowym rozlewa się jakiÂ?
olej, na szczęÂ?cie nie na nasze plecaki. W końcu częÂ?ć paliwa przelwajÂ?
do karnistrów i wstawiajÂ? otwarte w Â?rodkowym wejÂ?ciu. My na szczęÂ?cie
siedzimy z przodu. Rodzina francuska siedzÂ?ca tuż za tym wejÂ?ciem
ma przechlapane - smród trudny do zniesienia. Jedziemy dalej. Po
kilku kilometrach znowu się zatrzymujemy i operacja sie powtarza.
Tak z kilkoma przystankami po paru godzinach dojeżdżamy do jakiegoÂ?
miasteczka. Wjeżdżamy na bazę autobusowÂ?. Brud niedoopisania i cały
szereg autobusów w różnym stanie rozkładu. Jest trzech mechaników,
ale szybko pojawia się problem Â?rubokręta, którego nigdzie nie ma.
Za pół godziny mamy jechać. W końcu po dwóch godzinach każÂ? nam
siadać, przejeżdżamy może z 3 metry i... wysiadka. Definitywny koniec
podróży tym autobusem! Jeszcze tylko dwie godzinki i zabiera nas
następny. Tym już bez większych przygód, ale za to z kilkunastogodzinnym
opóĽnieniem docieramy do Dahabu.
Wynajmujemy hotelik. Pokój czteroosobowy z łazienkÂ? ale bez klimatyzacji!
Za to naprawdę tanio - niecałe 10 zł od osoby!
W końcu płetwy, fajki,. maski i... rafa koralowa! Ciepłe może (nie
aż tak bardzo ciepłe - zmarznÂ?ć się też da) doskonala widocznoÂ?ć,
przepiękna roÂ?linnoÂ?ć i mnóstwo kolorowych rybek. Po prostu cudo.
Całe mnóstwo szkół nurkowych, ale za drogo - pozostaniemy przy swoim
ABC. Przy okazji zwiedzamy też przy pomocy jeepa okoliczne rafy
- słynnÂ? Blue Hole oraz Tree Pools. Dziura niesamowita - jedno z
najsłynniejszych miejsc nurkowych w Egipcie, no a baseny już takiego
wrażenia nie robiÂ?, ale też super.
Dodatkowa atakcja. Pewnego pięknego dnia wynajmujemy quady i hajda
na pustynię. Z przewodinkiem oczywiÂ?cie! Co to była za jazda! DojechaliÂ?my
do oazy (nic ciekawego) a potem po jakichÂ? plażach, w okolice laguny...
Po prostu full wypas, szkoda, że stosunkowo drogi.
ZafundowaliÂ?my sobie jeszcze wycieczkę na górę Synaj.
To tam Mojżesz otrzymał tablice z przykazaniami od Boga.
Wyruszamy busem o 23. Jedziemy przez nocny Synaj (półwysep), a tu
górzyska dookoła że hoho. Koło 1 w nocy dojeżdżamy pod klasztor
Â?w. Katarzyny. Jest już sporo ludzi. W "egipskich" ciemnoÂ?ciach
wspinamy się na tę ponad dwutysięcznÂ? górę. WielbłÂ?dzia Â?cieżka
jest równa i wygodna, więc wspinaczka nam całkiem szparko idzie.
Po drodze mijamy liczne sklepiki z napojami po horrendalnych cenach
i pasteży wielbłÂ?dów oferujÂ?cych te zwierzaki jako alternatywny
transport na górę.
W końcu dochodzimy pod sam szczyt gdzie czekajÂ? na nas stopnie wykute
w skale przez jakiegoÂ? mnicha w ramach pokuty. Przysiadamy na stopniach
w ciszy - nie niepokojeni przez nikogo. Góry dookoła nad nami rozgwieżdżone
niebo... Magiczne chwile... Zbieramy się i wchodzimy na sam szczyt.
No i tu już dopada nas arabski Â?wiat. Kończy się magia a zaczyna
handel, a właÂ?ciwie wyporzyczanie kocy i materacy. Na górze jest
już mnóstwo ludzi, którzy tu nocujÂ?. Przysiadamy na murku skÂ?d będzie
widoczny wschód i uprzejmie odmawiamy kocyków (i materacyków zreszt�
też). Arab na to, że nieszkodzi on poczeka - do Â?witu jest jeszcze
półtorej godziny. Po kilkunastu minutach zaczynamy rozumieć o co
mu chodzi. Co prawda w dzień w centrum półwyspu jest upał niesamowity,
ale tutaj jest noc no i ponad dwa tysi�ce metrów. Wkrótce robi sie
chłodno, a zaraz potem całkiem zimno, a jeszcze chwilę póĽniej nawet
bardzo zimno. Chronimy się za murkiem, ale to niewiele daje, w końcu
łamiemy się i okryci jednym kocem i przytuleni do siebie jakoÂ? udaje
nam sie dotrwać do Â?witu. Heh widok zapierajÂ?cy dech. Niesamowite
kolory, tłum ludzi stłoczony na szczycie no i to szybko wstajÂ?ce
słońce. Niby trochę kicz, ale jednak robi wrażenie.
Po zejÂ?ciu na dół usiłujemy jeszcze zwiedzić klasztor Â?w. Katarzyny,
który bardziej przypomina �redniowieczny zamek obronny. Niestety
jest jeszcze za wczeÂ?nie.
Powoli przychodzi nam żegnać się z AzjÂ? (pod względem geograficznym
półwysep należy do Azji). No więc zaczynamy naszÂ? walkę z kolejnym
autobusem.
PoczÂ?tek jes piękny, bilety, czysto i punktualnie. No ale po przejechaniu
niewielkiej iloÂ?ci kilometrów, kierowca wysiadł z autobusu. Wkrótce
jego biała koszula straciła pierwotny wyglÂ?d, no i zaczęły się arabskie
pokrzykiwania, rady, wymachiwanie rękami i kilkugodzinne oczekiwanie
na następny autobus. No ale szczęÂ?liwie dotarliÂ?my ko Kairu.
Czujemy się jak prawdziwi kairczycy. Wiemy co gdzie jest, jak działajÂ?
taksówki (np od dworca autobusowego do hotelu miało być 40 funtów
a było 5 - po 5 min targów). Znajdujemy bardzo tani hotelik, co
prawda bez wygód, ale na jedn� noc w sam raz. Wieczorem buszujemy
po mieÂ?cie, opijamy się litrami soków. Następnego dnia zakupy za
ostatnie funty no i pożegnanie ze starymi kontami. O pierwszej w
nocy jedziemy na lotnisko.
W końcu Budapeszt. Samochód jest, forsy nie ma, więc pakujemy się
i hajda na Słowację.
Pierwotny plan zakładał jeszcze jeden dzień w Slovenskym Raju, ale
nie ma kasy na takie fanaberie. Podziwiamy góry, kÂ?piemy się w jeziorku
i przez Tatry wracamy do Polski.
Po drodze, zachwycieni widokami wpadamy na pomysł obozu dla drużyny.
Po niezliczonej iloÂ?ći godzin i kilometrów kończy się nasza przygoda
z Egiptem. Zmęczeni, ale zadowoleni wracamy do domu.
Udało nam się przetrwać te dwadzieÂ?cia kilka dni za w sumie niewielkie
pieniÂ?dze. Nie mieliÂ?my żadnych specjalnych kłopotów zdrowotnych.
Nie okradli nas ani nie pobili. Było miło i sympatycznie.
A nikt kto wykupuje wycieczkę do Egiptu do Hurghady czy Szarm-el-Szejh,
nie ma okazji przeżyć i doÂ?wiadczyć nawet 10% tego co my przeżyliÂ?my
i zobaczyliÂ?my.
|