|
Kozackie Wertepy & Ukraina, lipiec 2006
strona 1/3
|
nastêpna strona
Kozackie Wertepy (edycja lipcowa) & Ukraina & Rumunia & Bułgaria & Rumunia & Mołdawia & Ukraina
Zaczęliśmy się pakować w sobotę 1 lipca o godzinie 12. Co z tego, że samochód ma naprawdę duży bagażnik â?? ilość bambetli i różnych przydasiek przerosła najśmielsze oczekiwania. Ale już po dwóch godzinach jakoś udało się wszystko upchnąć.
Droga do Leska upłynęła w miłej i nie stresującej atmosferze. Odprawa na miejscu również. Okazało się, że nasz prowadzący grupę, czyli Trasek, zapomniał, że nie posiada ważnego paszportu. Tym magicznym sposobem trafiliśmy do grupy Kwiatka (czego potem wcale nie żałowaliśmy). Ale właściwe przygody dopiero miały się zacząć.
Najpierw na granicy â?? odprawa na specjalnym pasie i w ogóle full wypas, aż trafiło na nas. Pan Pogranicznik raczył rzucić zdanie: â?¾A ta tablica rejestracyjna to co ?â?». No trochę zdębiałem na tak postawioną kwestię. Miałem ochotę odpowiedzieć â?¾To jajcoâ?», ale się powstrzymałem. Na dodatek okazało się, że moje prawo jazdy (starego typu) właśnie tego dnia skończyło ważność. Problem tablicy okazał się taki, że w tajemnicze Bazie Straży Granicznej widniała jako zagubiona. Po chwili się okazało, że została najpierw zagubiona, a dopiero po kilku tygodniach wydana. Wyjaśnienie tego drobiazgu potrwało trochę ponad trzy godziny â?? kochana policja przyjmując zgłoszenie od zupełnie innej osoby pomyliła się o jedną cyferkę zapisując jej tablicę. Aby nie drażnić strażnika brakiem prawa jazdy za kierownicą usiadła pierwsza osoba która się nawinęła pod rękę â?? czyli Aneta (pozdrowienia i serdeczne dzięki dla wyżej wymienionej :) ).
Ukraińscy pogranicznicy patrząc z niejakim współczuciem na naszą gimnastykę z Władzą, przystawili szybciutko tajemnicze trzy pieczątki i bez dalszych problemów znaleźliśmy się po ukraińskiej stronie.
Pierwsze wrażenie â?? co to Górna Wolta? Namibia? czy inny Laos? czy inny trzeci czy nawet czwarty świat. Droga od granicy to prawdziwy off road dla solidnie przygotowanych samochodów. No po prostu koszmar. Ale byleby kawałek od granicy i zaopatrzyć się w tanie ukraińskie paliwo. Na pięć tankujących samochodów próbowali oszukać na rachunku trzy osoby, ale tu ujawnił się talent językowy Anety â?? nie z nami takie numery. Krótka dyskusja i jakoś się wszystko zaczęło zgadzać.
Ruszamy dalej â?? przed nami Drohobycz, gdzie mamy krótki postój i droga do Mizuna gdzie będzie się znajdować głÃ³wna baza rajdu. Radośnie nie zwracamy uwagi na mapę i GPS (Major z Radkiem cierpliwie wklepują do niego punkty charakterystyczne dla całych Kozackich) no bo przecież jest prowadzący grupę. W pewnym momencie skręcamy za jakimś mostkiem w bok i jedziemy polną drogą, która wkrótce zamienia się w drużkę aby powoli zacząć niknąć w terenie. Innych samochodów â?? które dotarły do bazy przed nami â?? jakoś nie widać. No cóż pierwsze koty za płoty. Po krótkim błądzeniu okazuje się że tu ma być jeszcze jeden mostek i za nim całkiem porządna droga do samej bazy.
No i to był w zasadzie koniec pierwszego dnia â?? jak się okazało raczej pełnego wrażeń. A nie wiedzieliśmy, że w górach już czeka na nas słynna Rzeka.
Następnego dnia po zaopatrzeniu się w pobliskim sklepie w niezbędne artykuły do przeżycia w górach, zwijamy biwak i jedziemy w teren. Na początku droga staje się coraz bardziej gruntowa, brodzimy przez jakieś strumyki, aż w końcu dojeżdżamy do pierwszej poważnej przeszkody. Jest nią również bród, ale tym razem mocno skalno â?? kamienisty. Jako pierwszy rusza w bój samochód Szefa Ekipy. Zapięte wszystkie blokady i z niejakim trudem jest na drugim brzegu. Następna w kolejce jest nasza skromna załoga. Wysadzam ludzi z samochodu (przekroczenie rzeczki piechotą nie nastręcza najmniejszych trudności) i tak odciążony próbuję się ze strumykiem, skałkami i wartkim nurtem. Idzie trochę niesporo, w końcu zabawa grozi â?¾bokiemâ?» ale usadzenie w otworach okiennych Majora i Radka zapobiega wywrotce i jakoś szczęśliwie docieramy na drugi brzeg. Pozostałe ekipy brukują kawałek ujścia strumyka i tak przygotowaną trasą się przeprawiają. Tylko jeden patrolek â?? bez żadnych blokad utyka w środku i potrzebna jest pomoc wyciągarki.
Wkrótce dumni i bladzi, całą grupą, ruszamy w dalszą drogę. W naszym samochodziku coś zaczyna chrobotać, ale co tam â?? pewnikiem jakaś gałązka utknęła. Zatrzymujemy się, zaglądamy pod samochód, a tu tylny panhard radośnie sobie zwisa pęknięty na dwie części. Robi mi się trochę ciepło i oczyma wyobraźni już widzę koniec naszej wyprawy. Jednakże wprawne oko Zielonego, rurka od Hi-Lifta pas transportowy kilka tyrytytek i możemy jechać dalej! Cała naprawa trwała z 15 minut najwyżej.
Rzeka tego dnia nas nie opuszcza. Jak później stwierdził Zetor â?? trasa była sprawdzona we wrześniu roku ubiegłego. Miało wyglądać tak â?? kilkaset metrów rzeką a potem wyjazd na drogę biegnącą wzdłuż jej brzegów i potem znowu kawałeczek rzeką i tak dalej. Niestety przez zimę drogę zmyło i w rezultacie ładne kilkanaście kilometrów jazdy po skałkach w wodzie zostało nam zaoferowane. Przy nie wiadomo już którym brodzeniu od brzegu do brzegu udało nam się tak nieszczęśliwie wjechać w jakiś kamień, który się zaklinował pomiędzy mostem a tylnym drążkiem kierowniczym, że trzeba było nas pociągnąć w tył. To spowodowało â?¾wyjścieâ?» drążka przed most. Ale cóż ta â?¾drobnaâ?» niedogodność nie przeszkodziła w dalszym brodzeniu po rzece. Zresztą wkrótce mieliśmy okazję oglądać jak przerobić prawie seryjną niwkę na łÃ³dź podwodną!
Na kilkaset metrów przed wyjechaniem z rzeki szczęście nas opuściło. Drążek kierowniczy definitywnie odmówił dalszej współpracy zrywając się. Decyzja â?? zostajemy sami na biwaku w górach (uważając na niedźwiedzie, wilki i różne takie tam) a drążek jedzie do najbliższej cywilizacji ze spawarką i następnego dnia â?? już w jednym kawałku â?? ma do nas wrócić.
Z innych poważniejszych uszkodzeń. W samochodzie Anety i Witka wysiada elektryka (uszkodzony alternator) oraz tylny napęd (uszkodzony krzyżak). Tak więc dzielna Kierowniczka i nie mniej dzielny Pilot tej załogi walczą z Rzeką bez wspomagania oraz z napędem na przód â?? przy pomocy Hi-Lifta oraz asekuracji jednego samochodu z przodu i jednego z tyłu udaje im się całą trasę pokonać na własnych kołach.
Tak więc następnego dnia czekamy, czekamy, czekamy, aż w końcu pojawia się nasz drążek. Zakładamy go â?? samochód dostaje zeza rozbieżnego, ale co tam â?? najważniejsze, że jedzie!
W końcu dostajemy się do jakiegoś asfaltu i decyzja â?? następny dzień będzie serwisowy â?? trzeba w miarę porządnie naprawić uszkodzenia. Tymczasem wjeżdżamy na połoninkę na biwak. Po drodze Aneta sprawnie wyskakując z koleiny wjeżdża bokiem w zagajnik â?? sprawna akcja ratownicza i samochód z powrotem jest na drodze.
Następnego dnia wizyta w warsztacie. Szef w eleganckim czarnym dresie adidasa. Na szczęście mechanicy przyzwyczajeni, że samochód ma jeździć nawet pomimo braku kilku drobiazgów, które należy zastąpić jakimiś â?¾patentamiâ?». Naprawa szybka i dość tania. Udaje się samochód w jeden dzień doprowadzić do jakiej takiej sprawności.
Pod koniec dnia razem z Anetą i Witkiem gonimy naszą grupę która jest gdzieś w górach. Niestety radość z naprawionego i sprawnie jeżdżącego samochodu okazuje się krótka. Coś zaczyna wydawać â?¾głosyâ?» w prawym przednim kole. Początkowo się tym za bardzo nie przejmujemy. Ale po jakimś czasie trafienie w drogę zaczyna być coraz bardziej problematyczne. Zatrzymujemy się (jest koło 22) i badamy tym razem już bardziej wnikliwie przyczynę. Diagnoza Witka (na 150%) że to łożysko piasty. Niestety trafna. Zostajemy na noc wjeżdżając na jakieś pastwisko pozostawiając ewentualne poszukiwania łożyska i decyzję co dalej do jutra.
Następnego dnia liczne konsultacje z Zetorem i Zielonym. Okazuje się że dostanie odpowiednich łożysk na Ukrainie nie jest prostą sprawą. Telefon do Polski â?? łożyska są mogą być następnego dnia w Sanoku u rodziny Mechanika. Na razie w stanie takim jaki jest mamy doczłapać się do bazy w Mizunie.
Tuż przed samą bazą zdziwienie â?? przed rozpoczynającym się tu następnego dnia festynem droga dojazdowa z wiochy nad rzekę została przerobiona na wersję â?¾dla ludziâ?» co większe dziury zasypane oraz generalnie została utwardzona. Jeszcze większe zdziwienie przed samym wjazdem na łączkę. Hamulce powiedziały zdecydowanie pas. Nie ma żadnej możliwości zastopowania naszego pojazdu. Po obadaniu okazało się że klocka hamulcowego po prostu nie ma. Na samej bazie pusto (oprócz niwki która nie chciała zostać żÃ³łtą łodzią podwodną) jest popołudnie, czekamy na następny dzień ma być grupa Bacy z kompetentnymi mechanikami.
Bacy nie ma ale za to jest festyn ludowy z ogromnymi ogniskami i biesiadą do samego rana. A następnego dnia koncert rockowy. Ukraiński rock rulez :)))
Tymczasem pojawia się grupa Szpaka z mechanikami w Czapajewie. Decyzja â?? odkręcamy sprzęgiełko celem dostania się do podkładki i podciągnięcia łożyska. Hamulec da się zaślepić i jakoś dojedziemy do Polski gdzie się dokona naprawy. Po odkręceniu sprzęgiełka różne takie wyleciały ze środka. Mechanicy kręcą głowami werdykt â?? â?¾niehigienaâ?»! Niestety złożyć do kupy się już nie da. Rozbieramy dalej. To co zostało z łożyska wysypuje się nam na rękę. Okazuje się, że uszkodzeniu uległy oba łożyska, piasta, pękła podkładka ściągająca, ukręcona została półoś, sprzęgiełko nieodwracalnie zepsute, no i nie ma przednich klocków hamulcowych. Pozostaje albo laweta do Polski albo wyprawa po łożyska i naprawianie na miejscu. Radek i Major decydują się na jazdę do Polski. Ich liczne przygody można przeczytać w osobnej relacji. Ja dodam w tym miejscu, że w rezultacie przeżyli ukraińskiego stopa. Tymczasem przy pomocy rosyjskiego mechanika udaje się ściągnąć bieżnię z piasty i wnętrza tarczy. Nasi twierdzili, że potrzebny jest ściągacz a tu okazało się, że przecinak i młotek dla niektórych są wystarczającymi narzędziami.
Niestety dni płyną wartko i nastał poniedziałek â?? czyli czas kiedy wszyscy z kozackich są już w domowych pieleszach gdzieś w Polsce. A my biwakujemy samotnie na opustoszałej łące. Zaopatrzeni w ustne, ale szczegółowe, instrukcje jak należy zakładać owe łożyska. Radek i Major docierają pod wieczór, tak więc naprawy pozostawiamy na dzień następny. W międzyczasie Arczyn podróżując samotnie pomiędzy miasteczkami ukraińskimi znalazł miejsce gdzie udało się dotoczyć połamaną nakrętkę.
Po założeniu łożysk (nie bez wysiłku) okazało się, że gwint na piaście jest tak uszkodzony, że nakrętka nie daje się nakręcić. Tak więc z niezabezpieczonymi łożyskami toczymy się parę kilometrów powolutku do miejscowego mechanika. Tam w końcu udaje nam się wszystko poskładać do kupy.
Pytanie â?? czy mamy jechać do Polski i lizać rany po uszkodzeniach czy też jechać dalej w świat? Odpowiedź może być tylko jedna â?? jechać dalej! Tyle tylko, że co kawałek zatrzymujemy się i sprawdzamy czy luzy na łożyskach się nie powiększają (zlikwidować do zera ich się nie udało). Wkrótce okazuje się że są one mniej więcej takie same więc zwyczaj ten (wiążący się z koniecznością każdorazowego podnoszenia samochodu) zarzucamy.
Próbujemy zrealizować program maksimum czyli dojechać do Turcji.
Wyjazd z Ukrainy przez Karpaty jest przecudny. W końcu dojeżdżamy do malutkiego miasteczka z przejściem granicznym â?? przeprawiamy się bez większych problemów nawet bez zwyczajowej łapówki w postaci 5 hrywien (około 3 złotych). Plan jest taki, że przez Rumunię i Bułgarię jedziemy tylko aby przejechać bez specjalnych przystanków. Sprawnie choć niezbyt szybko â?? nie przekraczam prędkości 80 km/h ze względu na uszkodzenia samochodu â?? docieramy do granicy Rumuńsko â?? Bułgarskiej w Ruse. I to był nasz poważny błąd. W wyniku naciągactwa służb granicznych tracimy kilkaset złotych na liczne wyimaginowane bądź nie opłaty i łapówki.
Zmęczeni i zdegustowani już w Bułgarii zaczynamy liczyć koszty wyprawy. Turcja oddala się w niebyt. Decydujemy, że lepiej zwiedzić Ukrainę â?¾na spokojnieâ?» niż wpadać na chwilę do Stambułu i wracać do Polski. Jedziemy z powrotem do Rumunii, gdzie mamy zamiar przekroczyć granicę z Ukrainą. Nie jest to takie łatwe. W miejscu które wybraliśmy najpierw jest kilkaset metrów Mołdawii a dopiero później Ukraina. Na dodatek rumuńskie miasto graniczne jest zdecydowanie najbrzydszym miejscem jakie było dane mi zobaczyć. Jakieś przemysłowe miasto z kopalnią i hmmm elektrownią? Dojazd do mołdawskiej granicy jest jakiś koszmarny â?? zwłaszcza w nocy. Jakbyśmy jechali na koniec świata. Atmosfera niesamowita. Na granicy mołdawskiej przejście w miarę szybkie â?? nie wiedzieć czemu pytają się kilka razy czy mamy paszport dyplomatyczny. Kolejna próba wyłudzenia 10$ jakiejś bliżej nieokreślonej opłaty â?? ale tym razem się nie daję â?? krótka awanturka i jedziemy dalej.
Po 300 m. kolejna granica tym razem mołdawsko â?? ukraińska. Przed nami nikogo, ale za to tłum wygłodniałych pograniczników ukraińskich. Po dwóch godzinach procedur urzędowych i 10 hrywnach łapówki (6 złotych) jedziemy dalej. Zadupie jest niemożliwe, a przy tym po rozpadzie ZSRR granice przebiegają w przedziwny sposób â?? najwygodniejsza droga do Odessy prowadzi znowu na Mołdawię, żeby po paru kilometrach wrócić na Ukrainę. Przekraczania granic mamy chwilowo dosyć więc bunkrujemy się przy drodze, krótka drzemka i bocznymi drogami, brzegami Morza Czarnego ruszamy w kierunku Akermanu.
Następny przystanek i oddychajem na dieriewniu czyli robimy sobie przerwę na letnisku. W międzyczasie odwiedzamy Akerman, który, na nieszczęście uczniów, natchnął Naszego Wielkiego Wieszcza do napisania Sonetów. Wygląda faktycznie cool ;)
Następna do zwiedzania Odessa. Przedziwne miasto. Bardzo odstaje od reszty Ukrainy którą poznaliśmy. Widać, że ludzie znacznie, znacznie zamożniejsi. A najokazalszy pałac w mieście to oczywiście Potockiego.
Dalsza część naszej skromnej wycieczki to rajd po ziemiach dawnej Rzeczpospolitej.
Na pierwszy ogień poszedł Humań ze słynną Zofiówką, czyli darem Szczęsnego Potockiego (zdrajcy i łajdaka) dla żony Zofii, która urodziła się w Turcji w jakiejś greckiej rodzinie. Była oddana do adopcji, następnie została kochanką ambasadora Polski w Turcji. Tenże zabrał ją do Polski, ale po drodze w Kamieńcu Podolskim poślubiła syna komendanta twierdzy. A stamtąd droga na salony była już dla niej otwarta â?? była między innymi kochanką wszechwładnego księcia Potiomkina. W końcu spotkała Szczęsnego Potockiego, który zakochany w niej do szaleństwa, wziął rozwód a następnie odkupił od męża Zofię i ją poślubił. Ech to były czasy! A Zofiówka to ogromy zespół ogrodów o powierzchni 160 ha. Ã?wcześnie jedna z największych budów Europy.
Kolejne przystanki to Kamieniec Podolski gdzie tak głupio zginął (poprzez samowysadzenie) imć Pan Wołodyjowski. Doskonale zachowana twierdza i warowny zespół Starego Miasta.
Tuż obok Chocim â?? kolejna twierdza i niemy świadek sławnej Victorii z 1673 roku. Mury twierdzy odnowione i robiące wrażenie, a wnętrza intensywnie remontowane.
I jeszcze jedna twierdza. Tym razem to Zbaraż, czyli miejsce gdzie niejaki Longinus Podbipięta odnalazł trzy pohańskie głowy, które dało się ściąć jednym zgrabnym pociągnięciem krzyżackiego miecza. Lecz niestety znalazła tu też Longinusa kosa Śmierci. Sam zespół twierdzy i pałacu w dobrym stanie â?? między innymi dzięki temu, że długi czas służył pionierom. Obecnie, jak bardzo wiele zabytków na Ukrainie, odnawiany.
Ostatni etap podróży po Ukrainie to Lwów. Opiewany w licznych przewodnikach i przekazach ustnych został niejako â?¾na deserâ?». Niestety centrum maksymalnie rozkopane, brzydkie i jakieś takie nijakie. Absolutnie nie robi wrażenia. Może oczekiwania były zbyt wysokie? Nawet nie mam ochoty wyjąć aparatu i cyknąć kilku fotek.
Wreszcie granica! Pozostaniemy na niej przez 8 długich godzin. Zaczynamy o 23.30. Oczekiwanie długie i męczące, ale... mamy okazję przyjrzeć się pracy â?¾mrówekâ?». Bardzo pouczające doświadczenie. Przebitka na papierosach i alkoholu olbrzymia, stąd tłum może 2000 osób. Ludzie w podeszłym wieku truchtem biegnący przez granicę. Gdzieś po krzakach ktoś oblepia się paczkami papierosów. Bramki rozdzielające napierający tłum. Ludzie trzymają się pod ręce tworząc żywy kordon aby następna grupa się w nich nie wbiła. Sceny miejscami jak z historycznego filmu â?? kiedy piechota jednej armii wbija się klinem w czworobok piechoty innej armii. Ludzie usiłują się po cudzych plecach dostać byle bliżej do bramki wyjściowej!
Nas celnik traktuje ulgowo widząc po bambetlach, że nie żadni z nas przemytnicy a prawdziwi turyści.
Jeszcze kilkaset kilometrów i jesteśmy w domu!
Wojciech Murawski
Wielka Wyprawa Po Dwa Łożyska
Sobota
Zadanie niby nie było skomplikowane. Dotrzeć do Sanoka, odebrać części od rodziny naszego Mechanika (pozdrowienia dla Adama) i wrócić... najlepiej w miarę szybko. Na początku miałem jechać sam, jednak szczerze mówiąc trochę się bałem i jakoś nie chciało mi się w pojedynkę zdobywać Ukrainy... Po krótkich uzgodnieniach dołączył do mnie Major. No to szybkie pakowanko i WIO! bo czas nas naglił (było już trochę późno). Do Doliny podwiózł nas Zetor. Jak wysiedliśmy z jego Landryny, dotarło do mnie co nas czeka... A więc stoimy jak typowi turyści w centrum miasteczka z mapą w ręku i myślimy co dalej. Aż w końcu wpadłem na genialny pomysł, żeby pogadać z miejscowymi (w tym momencie chciałbym podziękować pani Łucji, że ciśnie mnie na lekcjach rosyjskiego :D). Skierowali nas na dworzec autobusowy. Marszrutkę do Samboru mieliśmy za jakieś 2 godzinki, więc poszliśmy na hot-dogi z colą. Czad minął bardzo szybko, gdyż każdy miejscowy chciał z nami pogadać. W sumie się cieszyłem bo nagle nawijanie po rusku zaczęło sprawiać mi przyjemność :). Potem gadałem z Ukraińcami przy każdej okazji. Bus przyjechał. Pierwsze wrażenie â?? jak my się tam zmieścimy!! 20 osobowe Iveco było już trochę przepełnione - ale daliśmy radę. Teraz przed nami ponad 3 godzinki jazdy na stojaka w super tłoku (co najmniej takim jak w pociągu woodstokowym) i upale. W Samborze mieliśmy przesiadkę na drugą marszutkę do Hyrowa. Już na przystanku poznaliśmy kolesia, który jechał tam gdzie my i pokazał nam drogę ku ojczyźnie. Droga ta miała kilka dobrych kilometrów, które postanowiliśmy iść z buta, łapiąc przy okazji stopa. Szliśmy sobie przez pola i machaliśmy do każdego kto jechał. Na ogół wszyscy nas zlewali. Aż nagle ktoś zatrzymał się! Mieliśmy zaszczyt przejechać się prawdziwą Wołgą. Muszę przyznać, że jest w niej cholernie dużo miejsca i nawet wygodnie się siedzi. Niewątpliwie jednak największą zaletą jest spora kanapa z tyłu gdzie śmiało można â?¾pompowaćâ?» jak mówił szofer. To co dobre szybko się kończy, koleś wysadził nas mniej więcej w połowie drogi i dalej szliśmy na nogach. Po chwili złapaliśmy drugiego stopa. Koleś zatrzymuje się, pyta o co chodzi â?? my odpowiadamy, a ten nagle wyskakuje do nas z odznaką SG! Sprawdził nasze paszporty i magiczne karteczki z granicy po czym stwierdził, że może nas podwieźć jak mu wlejemy kilka litrów wahy â?? no cóż propozycja nie do odrzucenia! Po chwili byliśmy pod granicą. Teraz najgorsze przed nami â?? trzeba dosiąść się do czyjejś fury, aby przekroczyć granicę. Wymówki przemytników, nie chcących nas zabrać, były na ogół mało wiarygodna ale na siłę nie wsiądziemy. Zdesperowany postanowiłem wykorzystać mój przywilej pełnoletności z nadzieją, że ktoś nas zabierze. Poszliśmy na stację stanęliśmy na środku i donośnym głosem zakomunikowałem, że kto nas weźmie będzie mógł kupić na mnie alkohol i papierosy. Nagle z głupiego autostopowicza stałem się VIP-em. Szofer kupił na mnie fajki i pojechaliśmy! Na granicy odstaliśmy z godzinkę, nauczyliśmy się dawać łapówki i słuchaliśmy od naszego kierowcy jacy to ci granicznicy są głupi... Po odprawie okazało się, że mamy z tym panem transport do samego Sanoka. Kierowca delikatnie mówiąc jechał dość szybko i co chwilę wstrzymywałem oddech na zakrętach. Na szczęście jechał za nami jego szwagier, który nie nadążał. Więc jak było za szybko to Major krzyczał, że szwagra nie widać i jechaliśmy już wolniej... Około 3 w nocy pan wysadził nas przy â?¾tanim hoteluâ?» (według niego był tani, bo â?¾sami ruscy w nim spaliâ?»). Szukając wejścia zobaczyłem jakie fury stoją na parkingu hotelowym, po czy stwierdziłem, że poszukamy innego hotelu... Sprawa nie była łatwa bo o tej porze nie było nikogo na ulicach. Postawiliśmy spytać taryfiarza. Koleś skierował nas do hotelu PTTK, co był chyba najtańszym rozwiązaniem. W hotelu oczywiście było wesele i ze 30 minut czekaliśmy na recepcjonistkę. W zamian dostaliśmy pokój za sześćdziesiąt a nie osiemdziesiąt złotych. Poszliśmy spać.
Niedziela
Obudziliśmy się około 13. Obowiązkowo prysznic i kibelek, potem do marketu po jedzenie. Śniadanie choć tanie, było nawet dobre i syte (ja standardowo chleb z nutellą a Major kiełbasa z bułkami). Teraz należało skontaktować się z rodzinką Mechanika. Zadzwoniłem na numer, który dał mi Wojtek i umówiliśmy się pod naszym hotelem. Okazało się, że paczka jest na poczcie do odebrania w poniedziałek. Przed nami calutki dzionek w Sanoku. Ku naszemu zaskoczeniu zastaliśmy zaproszeni na obiad do poznanej rodzinki. Nie wypadało odmówić z resztą propozycja bardzo nam podpasowała. Obiad był naprawdę super (jeszcze pamiętam:))) ). Po tylu dniach biwakowego żarcia normalny obiadek był jak wygrana w totka. Skorzystaliśmy jeszcze z neta i wyruszyliśmy na miasto. Wieczorem była tylko jedna opcja spędzenia czasu. Jak 90% społeczeństwa poszliśmy na finał MŚ w piłkę nożną do pubu. Cola na stół, chipsy w garść i oglądamy. Atmosfera byłą całkiem niezła, mecz minął szybko i poszliśmy w kimę bo przed nami ciężki poniedziałek.
Poniedziałek
Wstaliśmy wcześnie rano, szybki prysznic, kibelek i na pocztę. Za hotel, nie wiem czemu ale zapłaciliśmy osiemdziesiąt złotych (mieliśmy płacić sto dwadzieścia). Nie protestowałem :D Odebraliśmy części i z powrotem na Ukrainę. Do granicy dojechaliśmy PKS-ami. I znowu problem z przemytnikami... Na szczęście udało nam się znaleźć uprzejmego człowieka, który nas zabrał, a potem nawet podwiózł nas do Hyrowa! Z powrotem teoretycznie powinno być łatwiej, bo droga znana. Jednak później okazało się, że nie do końca tak jest. Tym razem nie było bezpośredniego połączenia do Doliny. Pierwszy etap Hyrów â?? Sambor był łatwy. Sabor â?? Drohobycz też. Potem zaczęły się schody. W Drohobyczu w informacji dowiedzieliśmy się, że najbliższa marszutka będzie we wtorek! Postanowiliśmy podjechać czymś w rodzaju miejskiego busa na dworzec kolejowy. Pociąg miał być ale tylko do Stryja i to za 2 godziny! Dzień powoli się kończył. Na szczęście znowu pomogli nam dobrzy ludzie, którzy znaleźli nam inną marszutkę jadącą do Stryja. W Stryju też nie obyło się bez przygód. Oczywiście żadnej marszutki do Doliny już nie było... Po raz kolejny z pomocą nadeszli nam obcy ludzie. Tym razem był to kierowca autobusu, Polak mieszkający na Ukrainie. Wsadził nas do jakiegoś autobusiku, powiedział kierowcy gdzie mamy wysiąść i poszedł. Dojechaliśmy do jakiejś wsi (nazwy nie pamiętam), gdzie mieliśmy przesiąść się na pociąg. W sumie fajnie, bo przynamniej poznaliśmy nowy środek lokomocji na Ukrainie. Pomimo niewielkiej różnicy w rozstawie kół naszych i rosyjskich pociągów, w środku różnica jest ogromna. Miejsca tyle, że można by imprezę zrobić! Po jakiś 40 minutach byliśmy w upragnionej Dolinie. Ostatni etap podróży z Doliny do Mizuna postanowiliśmy przebyć taksówką.
Cali i zdrowi, szczęśliwi lecz zmęczeni dumnie zmierzaliśmy ku Wojtkowi i Arczynowi. Misja została wykonana. Części dostarczone najszybciej jak się dało. My za to mieliśmy okazję przeżyć, z Majorem, niesamowitą przygodę, którą będziemy długo wspominać i która wiele nas nauczyła. Jeszcze raz chciałbym podziękować wszystkim, którzy nam pomogli a szczególnie rodzinie naszego Mechanika i ludziom, którzy przewieźli nas przez granicę.
Radek Hanula
|